Od ponad 15 lat żyję ze światła, koloru i pikseli. Jako grafik komputerowy spędziłam tysiące godzin przed monitorem, wycinając z tła, poprawiając kompozycje, a nierzadko – bądźmy szczerzy – upiększając rzeczywistość. Przez moje ręce, przeszły tysiące zdjęć. Niedawno, z czystej ciekawości, ale i z rosnącej potrzeby optymalizacji mojej pracy, wpuściłam do swojego zawodowego życia sztuczną inteligencję. Narzędzia takie jak Generatory AI potrafią w kilkanaście sekund wyczarować zapierające dech w piersiach pejzaże, niesamowite tekstury i kompozycje nad których przygotowaniem kiedyś spędziłabym dużo czasu. Jednak prawdziwe schody – i bardzo głębokie refleksje – zaczęły się, gdy zaczęłam obserwować co AI robi z ludźmi.
Z technicznego punktu widzenia wszystko się zgadzało. Proporcje są wręcz podręcznikowe, skóra gładka i świetlista, doskonała symetria. A jednak, patrząc w oczy osoby wygenerowanej na ekranie monitora, poczułam dziwne, trudne do zignorowania uczucie. Współczesna sztuczna inteligencja rzadko tworzy już potworności o sześciu palcach czy zniekształconych zębach. Tworzy ludzi tak perfekcyjnych, że aż przerażających. Zaczęłam się zastanawiać: dlaczego odczuwam ten rosnący dyskomfort? Przecież przez lata pracy retuszując w Photoshopie sama dążyłam do wygładzania poprawiania niedoskonałości. Dlaczego więc teraz, gdy maszyna daje mi gotowy, „idealny” produkt, cały mój organizm krzyczy cicho: „To oszustwo!”?
Spójrzcie na te twarze, niby podobne na obu zdjęciach, ale jaka idzie za nimi energia?
Odpowiedź, do której doszłam, leży w czymś, co nazwałabym absolutną doskonałością naszej wizualnej niedoskonałości. Człowiek w swojej naturalnej, biologicznej formie to arcydzieło chaosu, genetyki i płynącego czasu. Nasze twarze nie są tylko gładkimi powierzchniami odbijającymi światło, są mapami naszych życiowych doświadczeń. Lekka asymetria ust, która pojawia się tylko podczas szczerego uśmiechu, pieprzyk w dziwnym miejscu, pory na skórze, które przypominają, że nasza powłoka oddycha, mikroskopijne pęknięcia naczynek czy cienie pod oczami po nieprzespanej nocy pełnej śmiechu, albo i płaczu. To wszystko sprawia, że jesteśmy żywi.
Algorytmy usilnie próbują naśladować te ludzkie cechy, dodając sztuczne pory, piegi czy nawet delikatne zmarszczki, ale robią to z zimną, matematyczną kalkulacją. Brakuje w tym przypadkowości natury. Kiedy patrzę na portret wygenerowany przez AI, nie widzę istoty ludzkiej. Widzę zbiór uśrednionych danych z milionów przeanalizowanych zdjęć. Widzę bezduszną statystykę ukrytą pod maską idealnego piękna.
Zrozumiałam też inną, ważną rzecz o naszej psychice. My w gruncie rzeczy wcale nie chcemy, aby wizerunek ludzki był aż tak poprawiany i bezbłędny. Popkultura i media społecznościowe od lat karmią nas filtrami, wmawiając nam, że gładkość to jedyny synonim piękna. Jednak na najgłębszym, instynktownym poziomie odrzucamy absolutną perfekcję. Idealna symetria i brak jakichkolwiek skaz podświadomie kojarzą nam się z czymś nieludzkim – z woskową lalką, sklepowym manekinem, piękną powłoką, w której środku panuje całkowita pustka. AI serwuje nam cyfrowe bóstwa, ale my, istoty zbudowane z krwi, kości i błędów, nie potrafimy nawiązać z nimi żadnej relacji. Odrzucamy je, bo w ich sterylnej perfekcji nie ma miejsca na nasze własne słabości. Jak można zaufać komuś, w czyich oczach nie widać żadnego bagażu doświadczeń?
I tu dochodzimy do sedna sprawy, wykraczającego daleko poza moją branżę graficzną. Jesteśmy istotami czującymi, a nie tylko patrzącymi. W dzisiejszym zdominowanym przez obraz świecie często o tym zapominamy. Wzrok to w rzeczywistości jedynie fizyczny aparat, obiektyw, przez który wpuszczamy fale świetlne do naszego mózgu. Ale to nie same oczy analizują prawdę o tym, co widzimy. Robi to nasza dusza, nasza intuicja, nasz głęboko zakorzeniony, ewoluujący przez tysiąclecia instynkt.
Kiedy patrzymy na drugiego, prawdziwego człowieka – nawet na zdjęciu – nasz system w ułamku sekundy skanuje tysiące mikrosygnałów. Wyczuwamy naturalne napięcie mięśni, mikroekspresje, historię zapisaną w spojrzeniu. Dusza po prostu „wie”, co jest prawdziwe, a co zostało zsyntetyzowane w ułamku sekundy przez procesory i karty graficzne na serwerach gdzieś na drugim końcu świata. Przez to ekranowe, cyfrowe szkło przebija się przejmujący brak energetycznego ładunku. Brakuje tej mitycznej „iskry”, tchnienia życia, które powstaje tylko w naturze. Wzrok to tak naprawdę tylko przekaźnik do wnętrza nas samych, a to wnętrze jest najczulszym, bezbłędnym wykrywaczem kłamstw. Wie, co wyrosło z ziemi i doświadczeń, a co zostało wygenerowane z zer i jedynek.
Czy w związku z tymi przemyśleniami wyrzucę sztuczną inteligencję ze swojego warsztatu pracy? Absolutnie nie. To nadal genialne narzędzie do generowania abstrakcyjnych teł, budowania koncepcyjnych projektów, szukania nieoczywistych kompozycji barwnych czy makietowania produktów. Pozwala mi zaoszczędzić czas na rutynowych zadaniach. Ale po tych kilku miesiącach intensywnych eksperymentów mam jedną, żelazną zasadę w mojej twórczości: tam, gdzie musi pojawić się człowiek, jego emocja i jego prawda, tam zawsze sięgnę po prawdziwą fotografię lub ilustrację stworzoną ludzką ręką.
Zbyt długo wpatrywałam się w ludzkie twarze na monitorze, by nie dostrzec, że piękno człowieka nie polega na braku skaz. Polega na tym, jak pięknie, odważnie i niepowtarzalnie potrafimy te skazy nosić. Żadna sztuczna inteligencja, bez względu na to, jak zaawansowana i jak szybko będzie się rozwijać, nigdy tego nie zrozumie. Nie może tego zrozumieć, bo żeby oddać prawdę o ludzkim niedoskonałym pięknie, trzeba najpierw poczuć, co to znaczy być człowiekiem. A na to nie ma i nigdy nie będzie żadnego algorytmu.
Justyna Reicher
To jest element tekstowy. Kliknij ten element dwukrotnie, aby edytować tekst. Możesz też dowolnie zmieniać rozmiar i położenie tego elementu oraz wszelkie parametry wliczając w to tło, obramowanie i wiele innych. Elementom tekstowych możesz też ustawić animację, dzięki czemu, gdy użytkownik strony wyświetli je na ekranie, pokażą się one z wybranym efektem.
kontakt@ideowo.com
tel. 506 449 217